Szkoła bierze udział w programach:

- ekoszkoła

- cała polska czyta dzieciom

- niosę pomoc

- trzymaj formę

- ratujemy i uczymy ratować

- unicef Prawa dziecka

Zabawy naszego dzieciństwa...pamietacie jeszcze???


W co bawiło się pokolenie dzisiejszych 20-30 latków i nie tylko. Czyli co tracą nasze dzieci.

Ach co to były za dni. Czas odmierzany był od przyjścia ze szkoły (przedszkola) i zjedzenia obiadu, po wieczorynkę. Wszystko, co „pomiędzy” spędzaliśmy na dworze. Nie byliśmy skrępowani smyczami w postaci komórek. Przestrzeń naszych zabaw wyznaczana była prostymi komendami typu „mam Cię widzieć z okna”, czy „do ulicy i ani metra dalej”. Nikt nie słyszał o porwaniach, a słowo „pedofil” było najczęściej nie do rozszyfrowania nie tylko przez nas, ale i naszych rodziców. Jedynym co mąciło tą sielską atmosferę były doniesienia o czarnej wołdze…

Dziś współczuję naszym dzieciom. W sensie nie tylko moim – Waszym także. Nie będzie im dane zaznać tych wszystkich przyjemności, które rozwinęły w nas szereg umiejętności społecznych i sprawność fizyczną, którą mamy do dziś (taa…) . Problemy z jakimi mierzą się na co dzień nasze dzieciaki, to słaba bateria w tablecie, czy pan Angry Bird, który żąda kasy gdy dziecko osiągnie dostatecznie wysoki „poziom rozwoju”.

Dzieci nie trzeba już pilnować na osiedlu – wszędzie jest monitoring. Zresztą nawet bez tego też by się pewnie obeszło. Dzieci nie bawią się już stadnie na podwórku. Prawdopodobieństwo, że w tym samym czasie rozładują im się tablety i z nudów będą chciały wyjść na zewnątrz jest prawie zerowe. Nie każde dziecko siedzi jednak całymi godzinami w domu z tabletem lub przed telewizorem. Jakiś promil wychodzi na zewnątrz – z opiekunką… ,która skutecznie przypilnuje, by maluchy nie odchodziły dalej niż na 10 metrów, nie mówiąc już o wysokim huśtaniu się na placu zabaw. Na „podchody” nie ma szans – powierzchnia ograniczona jest płotem okalającym osiedle. Zresztą nawet gdyby nie była, nie pozwalamy zbyt daleko odchodzić naszym maluchom. Gdzieś tam może czaić się pedofil, a zza rogu zamiast czarnej wołgi może wyjechać białe BMW z pojemnym bagażnikiem. Zdarte kolano? Bez obaw, w pojedynkę kiepsko się biega, a rówieśnicy właśnie oglądają Cartoon Network lub jedzą czwarty obiad – białe pieczywo posmarowane Nutellą. Obiad jest o 18-ej, bo wcześniej dziecko ma zajęcia dodatkowe – angielski, francuski, skrzypce. Po powrocie lekcje i znowu Cartoon Network. Potem, jeśli ładnie zje kolację – czekoladowe płatki śniadaniowe – następnie dostanie na chwilę smartfona lub tablet – by znowu ciskać ptakami w konstrukcje z kamieni i bali.

A jak bawiliśmy się my?

Na pierwszy ogień zabawy dla wszystkich (czytaj dla chłopców i dziewczynek – ukłon w stronę Gender – uprzedzam, że dalej nie będzie już tak „politycznie poprawnie”):

Dwa ognie, inaczej zbijany – dwie kilkuosobowe ekipy stają naprzeciwko siebie, pomiędzy nimi szczęśliwcy, w których za chwilę reszta zacznie ciskać piłką. Dlaczego już nie praktykowane? Znajdźże teraz na osiedlu w tym samym czasie więcej niż 2-3 dzieci. My ganialiśmy po trawie. Nasze maluchy nie mogą z jednego z dwóch powodów. Wspólnota mieszkaniowa wszędzie wbiła tabliczki „Szanuj zieleń”, tudzież zieleń jest brązowa od psich kup – przecież sąsiedzi muszą gdzieś wyprowadzać swoje pociechy.

Gra w karty (wojna, makao, tysiąc) – obecnie karty mają jedną dużą wadę – nie są cyfrowe…

Trzepak – co by było gdyby dziecko nagle spadło? No właśnie. Za mojej młodości, ani ja ani żadna z koleżanek lub kolegów nie doświadczyliśmy tego. Może mieliśmy silniejsze ręce, mocniejsze mięśnie, refleks? Może grawitacja działała inaczej? Nie wiem.

Podchody – tu liczyła się spostrzegawczość, szybkość i gra zespołowa. Stwórz dziś na podwórku zespół mając do dyspozycji jedno dziecko.

Chowanego – gdzie się schować? Za krzakiem, który upodobały sobie 43 mieszkające w jednym bloku psy, czy za samochodem, w którym włączy się alarm nawet wskutek szczekania psa robiącego właśnie kupę na trawniku?

Berek – zbyt męczące, wymaga biegania – fuj!

Zabawy dla dziewczynek



Gra w gumę – nie wiem do dziś o co chodziło, ale wystarczyło namierzyć sklep, w którym sprzedawali gumki do majtek, a zajęcie dziewcząt na godzinę – dwie było gwarantowane. Dziś gumka od majtek? Dajcie spokój – obciach.

„Klaskanie” – nie pamiętam dokładnie jak to się nazywało, ale dwie dziewczyny stojąc naprzeciw siebie klaskały wzajemnie w ręce w rytm jakiejś wyliczanki. Powodów nie znam, ale od tamtych czasów nie widziałem.

Klasy – na chodniku rysowało się koło, dwa skrzyżowane prostokąty i skakało. Może i by przetrwało do dziś, problem w tym, że największa przekątna tabletu to obecnie bodajże 13 cali.

Skakanka – widzę niekiedy i dziś, ale zabawa niepopularna, wiąże się bowiem z wysiłkiem fizycznym.

Zabawy dla chłopców



Rzucanie nożem – (na początek ostro, wiem) w narysowane na ziemi koło, rzuty najczęściej „finką” z różnych wysokości. Niektórzy osiągali w tym perfekcję. Dziś niemożliwe – jeden czy drugi mistrz w rzucaniu nożem sprowadziłby na swoich rodziców kuratora i prokuratora z zarzutem niedopełnienia obowiązków rodzicielskich.

„Okopy” – ach, były takie czasy gdy na całym osiedlu zakładali np. rury gazowe, kable elektryczne czy wymieniali kanalizację. W okopach od razu pojawiały się dwie wrogie „armie”, by rzucać w siebie grudami ziemi. Dziś? Osiedla buduje się od podstaw. Poza tym, jak znaleźć dziś tyle dzieci, by stworzyć choćby jedną armię?

Kapsle – zaczynały się od kłótni o flagi z atlasu geograficznego. Oczywiście największa awantura była o flagę USA, bo to przecie ojczyzna Franka Dux’a.

Żółwie ninja – jeśli w naszej paczce było więcej niż 4 chłopaków, musieliśmy wymyślać „zadania nie do przejścia”, bowiem w kreskówce bohaterów było tylko czterech. Kto nie podołał selekcji (np. wystraszył się i nie chciał położyć na ulicy wiodącej do parkingu) miał szanse, ale zostać tylko szczurem Splinterem.

Robin Hood – obowiązkowa zabawa co niedzielę. Właśnie wtedy emitowany był brytyjski serial o tym tytule. Ciągłość ustała ze śmiercią Robina. Teraz? Nie sądzę, żeby któregoś dzieciaka zainteresowały losy długowłosego młodzieńca owiniętego w szmaty, ganiającego z łukiem za infantylnym rycerzem. Zresztą nie widziałem w Smyku drewnianych łuków.

Skakanie z huśtawek – w dal. Za moich czasów huśtawki mocowane były w piasku, co zapewniało miękkie lądowanie po locie z wysokości około 4-5 metrów i zbliżonej długości. Dzisiejsze huśtawki, dla bezpieczeństwa robione są z plastiku, który nie nada odpowiedniego pędu maluchom. Szkoda (i dobrze zarazem).

Korki, pistony – mieliśmy to szczęście, że odpust nie oznaczał, że pod kościół zjechały jedynie przedstawicielstwa chińskich hurtowni. Najpopularniejszymi, obowiązkowymi zabawkami dla każdego chłopaka były blaszane pistolety. Miały dwa zastosowania. Od przodu można było wkładać „korki”, za lufą pistony – pojedynczo, lub seriami. Dziś takie zabawy pirotechniczne dozwolone są od 18 lat.

Puszczanie korków z saletrą – właściwie nie pamiętam skąd to braliśmy, czy z domu, czy kupowaliśmy ukradkiem w jakimś sklepie chemicznym. Fakt faktem, gdy w korek po wódce napchało się saletry i zatkało tekturą z dna korka, a następnie podpaliło przez wydłubaną dziurkę, mogliśmy podziwiać „start rakiety kosmicznej”, to było coś.

A może którąś z tych pamietacie???...

Ślepiec na trzepaku - kiedy jedna osoba z zamkniętymi oczami patykiem sunęła wzdłuż trzepaka, a osoby które znajdowały się na nim uskuteczniały małpie harce żeby nie dać się dotknąć badylowi;)

Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy - jedna osoba stała plecami do reszty, krzyczała to zdanie i odwracała się. Kiedy się odwróciła reszta towarzystwa musiała stać nieruchomo. Jeśli ktoś się poruszył zostawał czarownicą:)

W chowanego, ale tutaj zasad nie muszę chyba przypominać.

Klasy. Pamiętam taką dziwną odmianę, że rysowało się na ziemi prostokąt, dzieliło się go na mniejsze obszary, każdemu z nich przypisywało kategorię. Potem rzucało się kamyk i kategoria na którą upadł oznaczała nazwy państw/miast/gatunki roślin, które trzeba było wymieniać skacząc na jednej nodze, kwadrat po kwadracie:)

5. Piwko na przeciwko - nie wiedziałam dokładnie jak to opisać, więc opis zaczerpnęłam z http://blogiceo.nq.pl/ "Na ziemi, rysujemy patykiem duże koło, i dzielimy na tyle równych części ilu jest graczy. Każda z osób wybiera sobie państwo i wpisuje je na wybranym przez siebie polu. Na środku koła jedna osoba stawia pionowo patyk i puszcza go. Zaczyna ta osoba , na której polu znajduje się patyk. Ona mówi: „wywołuje wojnę…” wybranemu państwu i rzuca patyk. Osoba, której państwo zostało wybrane i wywołana została mu wojna, biegnie i szuka patyka. Reszta z osób biegnie w przeciwną stronę. Gdy osoba szukająca znajdzie patyk, krzyczy STOP!. Reszta zatrzymuje się. Wybiera ona osobę, do której będzie mierzyć kroki. Wybrana osoba zostaje tam, gdzie dobiegła. Reszta wraca na swoje pola. Osoba, która będzie mierzyć kroki, szacuje, ile kroków potrzeba, aby dojść do tamtej osoby i idzie tyle kroków ile powiedziała. Po przejściu stara się dotknąć patykiem przeciwnika: - jeśli dotknie, zabiera pole przeciwnikowi, to znaczy ze swojego pola na pole przeciwnika kreśli taki łuk patykiem, jaki da radę - jeśli nie dotknie, przeciwnik zabiera jej pole. Następną rundę zaczyna ten, kto wygrał starcie". Gdy podrośliśmy kilka lat, przyszedł czas na trochę inne zabawy. Życie bywa przewrotne.

Jeśli szukacie inspiracji dla swoich pociech to zapraszam do zajrzenia w te strony...pamięć z pewnościa powróci:)

http://www.coswiecej.pl/gdzie-sie-podzialy-zabawy-z-naszego-dziecinstwa/ http://www.blogojciec.pl/dzieci/7-podworkowych-zabaw-sprzed-ktore-warto-przypomniec-naszym-dzieciom/

Kreatywnie

Zajęcia Pozalekcyjne

Klasopracownie

Szkoła przy:

Ośrodku Terapii Nerwic dla Dzieci i Młodzieży

Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego:

BIP Zespołu Szkół:

Znajdź nas na